Świebodzin
Zofia KoszelaStanisław Koszela Lech Paczkowski
 
 
 
STANISŁAW KOSZELA

STASZEK   KOSZELA

Ze Staszkiem Koszelą poznałem się Sanatorium Rehabilitacyjno-Ortopedycznym w Świebodzinie 1958 roku, był więc moim kolegą i przyjacielem od dzieciństwa.

Staszek urodził się w 1952 roku, na wsi Krzewina pod Zieloną Górą jako jeden z czworga rodzeństwa. Gdy miał 6 lat podczas epidemii choroby Heinego - Mediny, szalejącej w latach pięćdziesiątych uległ również zakażeniu. W wielu przypadkach porażenia w szybkim tempie ustępowały, u Staszka pozostały niedowłady nóg, a co gorsze wiotkość kręgosłupa, na skutek porażenia mięśni przykręgowych. Bezpośrednio ze Szpitala Zakaźnego z Gorzowa został przyjęty w 1958 roku do ówczesnego Sanatorium Rehabilitacyjno-Ortopedycznego w Świebodzinie, na oddział przedszkolny Ort. III.

Rozpoczęła się intensywna rehabilitacja. Został spionizowany i do szkoły poszedł już o własnych siłach wspierając się na kulach. Po operacji na biodro został wysłany do Ośrodka w Policach, stamtąd wielokrotnie przyjeżdżał do Świebodzina na kolejne zabiegi. Przeszedł również operację usztywnienia kręgosłupa, a w latach osiemdziesiątych poddano go operacji dosztywnienia powstałego bloku kostnego, co umożliwiło swobodniejsze funkcjonowanie oraz poprawę wydolności oddechowej.

W Policach ukończył szkołę podstawową. Zdecydował się na kontynuację kształcenia w Technikum Elektrycznym w Zielonej Górze. Mieszkał w internacie. Po szkole podjął pracę w zielonogórskim LUMEL-u.
Niestety zamieszkując poza Zieloną Górą zmuszony był wstawać o 4 rano. Godzinę zabierało mu dojście do stacji kolejowej, bo o 5 rano miał pociąg do miasta. Wracał do domu o 17 (zupełnie jak na kultowym filmie Barei "Miś").
Po przepracowaniu kilku miesięcy przeniósł się do filii do Żar, bo tam mógł zamieszkać w hotelu robotniczym, co znacznie ułatwiło mu życie.
Pracował jako montażysta na taśmie, nawet zdobył tytuł mistrza techniki. Nie umiał się jednak rozpychać łokciami, był zbyt nieśmiały, a życie to nieustanna konkurencja.
Tu odkrył swoją pasję życiową, jaką były szachy. Grać nauczył się już w Sanatorium, tu doskonalił kunszt gry, marzył by zostać arcymistrzem. Szachy zawładnęły nim dogłębnie. Startował w wielu zawodach, zaczęły się również wyjazdy na turnieje, niestety częste zwolnienia z pracy nie podobały się dyrekcji zakładu. Przez szachy nie podjął w tamtym okresie dalszej nauki na studiach. Pojawiły się też sprawy braku pieniędzy.
Przyszła kolej na zmianę pracy.

W poszukiwaniu pracy przyjechał bo brata, mieszkającego w Świebodzinie i podjął pracę w Spółdzielni Inwalidów "Postęp". Był rok 1978. Pracując podjął zaoczne studia na WSI w Zielonej Górze, uzyskując tytuł inżyniera.
W burzliwym okresie przemian nawet przez okres 7 miesięcy był prezesem Spółdzielni. Zrezygnował, bo zauważył, że spółdzielnia wymaga rządów twardej reki. Był zbyt delikatny, zbyt łagodny, ale to dzięki niemu Spółdzielnia przebrnęła przez najtrudniejszy okres w jej historii.

To nie był przypadek, sądzę, że Opatrzność połączyła Zosię z d. Mierzwa i Staszka. Ślub wzięli 25 kwietnia 1981 roku. Staszek przeprowadził się do Zosi, zamieszkali na Osiedlu Łużyckim w Świebodzinie.
Po roku urodziła się córka Kasia. Akurat tuż po jej urodzeniu Staszek przystąpił do pierwszej sesji egzaminacyjnej na studiach. Po czterech latach urodził im się jeszcze syn Piotruś.

Od 1989 roku przez okres 10 lat prowadził własną działalność gospodarczą polegającą na organizowaniu szkoleń komputerowych młodzieży. Dwa lata był też nauczycielem informatyki w LO w Świebodzinie. Ponadto prowadził biuro rozrachunkowe. Niestety po włamaniu do pracowni ukradziono mu sprzęt komputerowy. Nie mógł już dalej prowadzić tej działalności.

Cały czas rozwijał swój talent szachowy. Startował w licznych turniejach, również zagranicznych - pierwszym był w 2001 roku w Przełazach. Podjął się również pracy trenerskiej.
Gdy wychowanek Staszka zdobył mistrzostwo w młodzikach Kapituła przy Staroście Powiatowym obdarowała go tytułem Trenera Roku 2003. Następstwem była praca jako prowadzącego Sekcję Szachową w Miejskim Ośrodku Kultury.
Zajmował się szerokim popularyzatorstwem tej dziedziny, wiedząc jak wpływa ona na wszechstronny rozwój psychiczny dziecka. Prowadził sekcje dla dorosłych i nawet dla dzieci przedszkolnych. Organizował liczne turnieje, m.in. jako dyrektor techniczny międzynarodowego turnieju szachowego organizowanego przez Starostwo Powiatowe. Na turnieje przyjeżdżali tytułowani zawodnicy zagraniczni  z Ukrainy, Niemiec, Łotwy, Białorusi i Czech.  Sam również startował. Nie osiągnął - jak wspominał, tak spektakularnych sukcesów, ale nawiązał liczne kontakty. To te kontakty powodowały, że na raczej mało popłatne turnieje powiatowe przyjeżdżali nawet arcymistrzowie. Imprezy w Przełazach były dochodowe i miały rozsławić ten ośrodek na progu jego działalności. Tu: Pierwszy Międzynarodowy Integracyjny Turniej Szachowy o Puchar Starosty Powiatu Świebodzińskiego.

Na pytanie czym są dla niego szachy odpowiedział  mi: "Szachy to: nauka, intensywne doznania, rywalizacja".

Nie można pominąć obecności Staszka podczas spotkań w Niesulicach, m.in. przy okazji Zlotów Makuwygów. Choć nie rej wodził, jego nieobecność z miejsca była zauważona i kwitowana: - "No to trzeba jechać po Staszka". Był z nami, - nigdy przy nas.
Staszek wykazywał dosłownie renesansowe podejście do świata, gdyż interesował się i okresowo zajmował: fotografiką, krótkofalarstwem, wędkowaniem, wieloma dziedzinami sportu, pisał poezje oraz w ostatnim okresie życia malował obrazy. We wszystkim wykazywał fachowość, - jak coś robił to już profesjonalnie.
W 2003 roku wydał tomik poezji p.t.: "Niby wiersze". Inspiracją były liczne rozmowy internetowe.
Pogłębiając temat sportu wymienię: jazdę na rowerze - to nic, że stacjonarnym, ale z narzuconym obciążeniem, by ćwiczyć mięśnie nóg, krążenie i oddech, wiosłował łodzią, a szczególnie uwielbiał pływanie kajakiem, - nie omijając niebezpiecznych eskapad. Dużą radość sprawiało mu w ostatnich latach zagospodarowywanie rodzinnego domu w Krzewinie, pieszczotliwie nazywał go własnym "Ranczo".

Do ostatniego dnia przed chorobą prowadził szkolenia szachowe, - ostatnio w Bibliotece Miejskiej.
Normalne przeziębienie, w przypadku osób z tak małą wydolnością oddechową przeobraziło się w zapalenie płuc. Miesiąc walczył z chorobą w Szpitalu Miejskim w Świebodzinie, nawet leżąc ćwiczył mięśnie, szykował się do wstania, niestety zmarł na drugi dzień po przewiezieniu do Specjalistycznego Szpitala Płucnego w Warszawie.

Zmarł 22.04.2016 r. o godz. 23.56 pozostawiając żonę Zofię, córkę Kasię z zięciem i dwoma wnukami:  Miłoszem Stanisławem i Mikołajem Aleksandrem oraz syna Piotra.
Dla wielu z nas był przykładem cichego bohatera, dzielnie zmagającego się z trudnościami życia.

Andrzej Medyński



Wielka wyprawa - pamiętnik. Lipiec 1979 rok.
Dziennik Staszka Koszeli ze spływu kajakiem między Lubrzą i Skokami.

Dzień pierwszy - 21.07.79

Jest godz.1930 jesteśmy po pierwszym posiłku i po pierwszych emocjach związanych z naszą wyprawą. Pomijając jednak etap podjęcia decyzji, która ze względu na pogodę została podjęta w ostatniej chwili, czego konsekwencje będziemy odczuwać do końca wyprawy – nie mamy załatwionego zezwolenia nadleśnictwa na biwakowanie – trzeba zacząć od początku.
Godzina 900 zgłaszam się u kierownika wyprawy. Kierownik Józek jest dopiero po przebudzeniu. Wychodzimy na miasto celem zakupu „niezbędnego” w wyprawie czasopisma „Radio Telewizja”, załatwiamy ostatnie sprawy w pracy, zabieramy paliwo do maszynki (kuchenki) turystycznej. Wracamy do domu kierownika, gdzie tenże je śniadanie, pakuje niezbędne rzeczy. Czas ten urozmaicając drobnymi sprzeczkami z mamą. Ze względu na uwagi mamusi kierownik zmuszony jest zostawić na półce kapelusz – typowo turystyczny – którego miejsce w odpowiednich chwilach powinno znajdować się na głowie wędrowca. Szkoda, nieodgadnione są jednak koleje losu zarówno rzeczy jak i ludzi. Koniec pakowania. Nowy nóż i torba będą na biwaku, mama zostaje w domu lekko podenerwowana. Wszyscy wynosimy bagaże.
Zostaję z bagażami pod domem. Kierownik załatwia TAXI,  zabiera cześć sprzętu zostawioną w portierni spółdzielni, podjeżdża po mnie i bagaże. Jedziemy pod moje mieszkanie, po moim gromkim okrzyku  brat wynosi zakupiony wcześniej prowiant i moje rzeczy.
Wszystko jest z nami prócz tego co zapomnieliśmy – a o tym dowiemy się w trakcie wyprawy.
Lubrza – wysiadamy za jazem, ja płacę, kierownik bierze resztę i robimy rozpoznanie terenu celem znalezienia miejsca na wodowanie. Jest miejsce. Wszyscy przenoszą bagaże. Rozwijamy łódź – czy kajak – powietrzną, można też powiedzieć nadmuchiwaną, najlepiej jednak celem prawidłowego nazwania należałoby zobaczyć metkę wytwórcy przyczepioną przez tegoż do wyrobu.
Kajak – jeżeli w dalszej części nazwiemy kajak łodzią czy łódź kajakiem proszę nie myśleć że mieliśmy tak różnorodny sprzęt, będzie to zawsze ten sam kajak (jest jednak już dawno w eksploatacji i nie widać śladu metki). Po rozwinięciu stwierdzamy brak kołeczków do zatykania komór powietrznych. Wszyscy zgodnie wymyślamy ostatniemu użytkownikowi Kazikowi Korżelowi, a kierownik dodatkowo wycina odpowiednie kołki, napełnia komory powietrzne łodzi powietrzem, spuszczając uprzednio powietrze wtłoczone przeze mnie.
Ustalamy, ze kierownik wsiądzie w miejscu wodowania. Ja mam polecenie znalezienia miejsca dogodnego dla mnie do wejścia. Szybko znajduję takie miejsce. Wracam. Kończymy składanie łodzi. Kierownik robi siku na stronie i posila się porzeczkami. Ładujemy sprzęt. Zaczynamy mieć obawy czy wszyscy zmieścimy się w kajaku. Opuszczam miejsce wodowania kierując się w stronę upatrzonego uprzednio miejsca odpowiedniego dla mnie do zamustrowania. Przy zachowaniu pełnej ostrożności – jestem na łodzi.
Rozpoczynamy wyprawę w nieznane. Dla mnie uroki życia „trampa”.
Płyniemy rzeczką Paklica w kierunku Międzyrzecza. Pierwsza przeszkoda – pozostałości tamy czy jazu – mały gwałtowny spadek poziomu wody. Bagaże na podmurowanie, spływamy. Okazuje się to przyjemne. Proponuję powtórzyć. Kierownik propozycję odrzuca. Płyniemy dalej. Przepływamy przez pozostałości po wielkich jazach (tamach) z linii umocnień niemieckich z okresu II wojny światowej.
Brzegi zarośnięte, lasy, spokój. Kierownik spostrzega chmurę deszczową – przyśpieszamy wiosłowanie.
Przeszkoda. Nad samą powierzchnią wody drewniany mostek-kładka. Na brzegu stanowisko obserwacyjne – wieża. Szybka decyzja szefa. Wystawiamy bagaże. Wychodzimy. Bagaż przykrywamy kajakiem. Wdrapujemy się na wieżę w momencie kiedy zaczyna padać. Krótki, dosyć jednak intensywny deszcz. Z wieży ładny widok na rzeczkę. Słońce – schodzimy. Płyniemy. Mijamy się z parką na kajaku – oni mokrzy.
Dopływamy do jeziora Paklicko Wielkie. Przy samym ujściu większy drewniany most z bali sosnowych. Tu zaplanowany pierwszy postój. Wysiadamy. Rekonesans. Rozbijamy obóz. Pierwszy posiłek. Po posiłku szef wpada na pomysł pisania dziennika. Zostaję kronikarzem. Szef wypływa z wędką – ja myję naczynia.
Zjawiają się tubylcy. Jeden z nich pyta czy mamy pozwolenie na biwakowanie, wędkowanie. Straszy możliwością przyjazdu patrolu policyjnego. Odchodzą. Przypływa szef – nie zdążył daleko odpłynąć. Melduję co i jak. Kierownik myśli o przeniesieniu namiotu na dalszą polankę. Zostajemy na miejscu. Rezygnujemy jednak z rozpalenia ogniska. Postanawiamy z rana odpłynąć na jezioro Rodno.
Kończymy więc dzień pierwszy wyprawy lekko przestraszeni. 21.07.1979

Dzień drugi – 22.07.79r.

Z samego rana pada. Patrolu nie było. Stajemy się spokojniejsi. Z powodu deszczu postanawiamy zostać jeszcze dzień. Poranna toaleta w źródlanej wodzie Paklicy. Śniadanie. Podoba nam się kuchenka turystyczna, szczególnie dźwięki jakie wydaje przy paleniu – sapie jak mała lokomotywa. Szef chrzci ją „Bartkiem”. Co chwila padają przelotne deszcze. Mimo tego idę do lasu z myślę, że znajdę jagody lub grzyby. Nic z tego.
W lesie mokro. Las koło naszego obozu gęsto przekopany rowami. prawdopodobnie okopy z czasów ostatniej wojny. Mam dosyć chodzenia po nim. Kieruję się na dróżkę koło jeziora. Przechodzę przez polankę zarośniętą wysoką trawą. Zaczynam kląć w duchu. Złość łagodzi bardzo przyjemny zapach roślin na polance. Jest dróżka. Idę brzegiem (prawie) jeziora. Trafiam na miejsce biwakowania harcerzy. Pozostałości kuchni polowej. Znajduję widelec. Nie zabraliśmy ze sobą ani widelców ani łyżek. Wracam do obozu, jestem lekko zmęczony. Po drodze spotykam grupkę chłopaków.
Obiad. „Bartek” sapie. Pulpety podskakują. Jemy z apetytem. Ucinam sobie drzemkę.
Jest trochę słońca. Spuszczamy kajak na wodę. Namiot zostawiamy na łaskę losu. Płyniemy wzdłuż brzegu. Przyjemnie, choć siedzi mi się niezbyt wygodnie. Kanał z początku bardzo wąski, dalej rozszerza się. Małe jeziorko – pięknie. Wracamy na Paklicko. Płyniemy w stronę ośrodka wypoczynkowego. Boczna fala zmusza nas do zmiany planu. Płyniemy przez środek jeziora w kierunku obozu. Dreszczyk emocji. Szef spininguje. Wracamy.
Przy wyciąganiu kajaku zostajemy skropieni lekkim deszczem. Szachy. Trzecia partia biwakowa. Stan 1,5 – 1,5. Jedną partię sfuszerowałem w wygranej pozycji.
Kolacja. Mało chleba. Kroimy tak, aby zostało jeszcze na śniadanie. Jestem głodny, szybko jem swoją część, zanim szef zrobił herbatę. Ubieramy wszystko co mamy na siebie. Lepiej nie marznąć. Dzień kończę na pisaniu. W trakcie pisania mieliśmy odwiedziny jakiegoś mieszkańca lasu. Na wszelki wypadek nie zaglądaliśmy kto to taki. Wiemy że zostaliśmy obwąchani – namiot. Jeż, lis, a może dzik.
Po raz pierwszy zapaliliśmy świecę. Jest gruba i przez dwie godziny mało jej ubyło. Trzeba ją gasić i wyśnić lepszą pogodę. Musimy jutro ruszyć. Choćby po to, by uzupełnić prowiant. Jak będzie, zobaczymy.

Dzień trzeci – 23.07.79r.

Wstajemy później, niż planowaliśmy. Około 715. Myjemy się przy mostku. Przyjeżdża samochód z nadleśnictwa. O nic nas nie pytają. Dzięki im za to, że oszczędzają nam tłumaczeń. Śniadanie: pasztet, ser, pomidory, masło. Pada. Pakujemy co się da i czekamy. Około 930 przestaje padać. Składamy namiot. Przenosimy rzeczy na mostek. Trzeba dopompować łódź. Zajmuje nam to trochę czasu. Gotowe. Jesteśmy z całym dobytkiem na wodzie. Płyniemy. Słońce niestety krótko. Wiatr. Fala. Płyniemy spokojnie ciesząc się wszystkim. Mimo złej pogody spostrzegamy na brzegu biwakujące grupki, wędkarzy. Nie jesteśmy jedynymi którzy zdecydowali się na podobny wypoczynek mimo niepogody. Właściwie to nie jest tak strasznie. Jedyne czego nam brakuje to opalanie, ale przecież można wypocząć bez opalania. Osobiście jestem zadowolony. Płyniemy z lekkimi obawami, że zmokniemy – wkalkulowaliśmy to jednak w koszta. Koniec jeziora. Rzeka. Mała przeszkoda. Mielizna. Wysiadam. Józek płynie sam. Wsiadam. Rzeka jest tu szersza. Brzeg niski, podmokły.
Zdążyłem już zapomnieć o wszystkich problemach dnia codziennego. Jest tylko: woda, zieleń, trzcina, nenufary, lasy i prawie cały czas widać nad sobą niebo.
Płyniemy – jest wieś Nowy Dworek. Idę zrobić zakupy – chleb z piątku. Kupuję ziemniaki u gospodarza.
Płyniemy. Jezioro Radno. Całe zarośnięte. Brak dostępu do brzegu. Płyniemy dalej rozglądając się za miejscem na biwak. Dopływamy do Jordanowa. Płoszymy parkę na brzegu. Przeszkoda - jaz, płycizna. Wracamy na jezioro Rodno. Po drodze zbaczamy na płytki, zarośnięty też staw – jezioro.
Na Rodnie staramy dostać się na brzeg. Nic z tego. Czujemy głód. Zaczynam być bardziej nerwowy. Płyniemy do Jordanowa. Blisko seminarium jest boisko. Decydujemy się tu rozbić. Wynosimy bagaż. Obieramy ziemniaki. „Bartek” gotowy. Gotują się. My rozbijamy namiot. „Bartek” jest wspaniały. Ziemniaki gotowe. Klopsiki z kapustą. Pychota. Józek wciska jeszcze chleb z dżemem. Życie jest piękne. Tylko kierownik zmusza mnie do mycia naczyń. Trudno.
Józek wypływa na rekonesans. Grozi nam przenoszenie kajaku.
Mamy gości. Kajakowicze jak my.
Zapomniałem o krowach. Na boisku pasły się krowy, jednej nawet Józek wpadł w oko – tak na niego patrzyła. Pogonił ją jednak.
Z rekonesansu Józek wraca z dolegliwościami żołądka. Pewnie to wina dżemu po kapuście z klopsami. Śpi. Próbuję zrobić herbatę, „Bartek” gaśnie, on śpi. Zostawiam herbatę na potem. Po ponad godzinnej drzemce dochodzi do siebie. Możemy mieć kłopoty z pokonaniem przeszkód jordanowskich. Goście deklarują nam pomoc. Są ze Słupska. Sami odpływają dzień później.
Okazuje się, że jesteśmy na terenie seminarium.
Postna kolacja; chleb ze smalcem i masłem – ze względu na brzuszek Józka. Kierownik klei swój materac – przebił go na śledziu w pierwszy dzień.
Na drzewie obok jest bocianie gniazdo – zamieszkałe. Teren seminarium ogrodzony murem. na jednym z drzew napis „Sala rekreacyjna”. Obok: sad, pastwisko, ogród.
Spać.

Dzień czwarty - 24.07.79

Pogoda nie sprawia nam niespodzianki. Ustaliła się. Od rana pada. Śniadanie. Czekamy.
Józek raz jeszcze robi rekonesans – jak pokonać płytki pełen kamieni odcinek rzeki. Przewożę go na drugi brzeg. Oczekuję pod drzewem. Zniecierpliwiony długim oczekiwaniem podpływam do obozu. Już tu jest. Przeszedł przez mostek na obozowy brzeg. Deszcz ustaje. Zwijamy obóz. Przenosimy wszystko do łodzi. Sąsiedzi ze Słupska, widząc że jesteśmy spakowani, przychodzą pomóc w pokonaniu przeszkód. Józek płynie sam. Ja idę z dwoma słupskimi turystami brzegiem. Jeden z nich robi drogę dla naszej łodzi rozsuwając kamienie na boki. Pierwsza przeszkoda minięta. Józek chce aby przenieść wszystko. Dalej jest szybszy nurt i kamienie. Godzi się płynąć kiedy jeden ze Słupskich przyjaciół asekuruje go brodząc w wodzie. Jeszcze mostek, gdzie jest mały prześwit między lustrem wody, a mostkiem. I o’k.! Dziękujemy za pomoc. Są jeszcze życzliwi i bezinteresowni ludzie. Nie jest więc tak źle na tym świecie. Dziwili się nieco, że wybraliśmy się w taką trasę i dajemy sobie radę.
Przed ruszeniem dalej robimy zakupy. Józkowi zachciało się cukierków. Kupujemy jedną łyżeczkę. Mamy dwa noże, widelec, łyżeczkę. Prowiantu powinno starczyć do końca. Sadowimy się w kajaku, mam kłopoty z wejściem. Płyniemy.
Niespodzianka – mostek, rwący prąd, kamienie. Z obu stron przejście za mostkiem ogrodzone – zabudowania. Muszę wyjść z kajaku. Płycizna – ściągam buty z aparatu (ortopedycznego) przy pomocy Józka. Zawijam nogawki. Wchodzę pod mostek  Z prawej strony jest głębiej. Nurt jest rwący, kamienie. Idę ostrożnie. Biorę kule oddając Józkowi laskę. Drobna nieuwaga i laska odpływa. Zatrzymuje się na przeszkodzie w środku nurtu. za mostkiem po obu brzegach kobiety robią pranie. Z lewej strony jakieś dziewczyny. Wypada się im przyjrzeć. Tylko prąd rwący – wciąż w nim idę – trzeba iść ostrożnie. Józek przepływa. Ja powoli kuśtykam – bez butów idzie mi się cholernie źle. Końce aparatu ranią stopę. Przechodzę obok siedzącej na brzegu dziewuszki. Jestem w kajaku.
Płyniemy – pięknie, zielono, zakola.
Szef liczy pływające w rzece butelki. Propozycja wiązania i ciągnięcia za sobą nie przechodzi.
Wpływamy na teren otwarty. Po obu stronach rzeki pola uprawne. Pokazuje się trochę słońca. mijamy wiele dopływów, czy też kanałów. Przeszkoda – mostek (kładka). Wchodzę na nią. Józek w kajaku przeciska się pod nią.
Wieś Szumiąca. Zagrody nad samą rzeką. Dalej drobne przeszkody. Teren leśny: strome brzegi, rzeka szersza, las sosnowy, sporo drzew liściastych nad samym brzegiem. Jedno miejsce podobało mi się na biwak. Drobny deszcz. Rozglądamy się za młynem – wg mapy powinien być blisko. Wpływamy w coś na kształt jeziorka.  Jest to staw młyński. Pokazuje się i sam młyn. Staruszek pasie krowy na brzegu. Wykładamy bagaże. Spostrzega nas operator jakiejś machiny budowlanej czy drogowej. Przenosi nam wszystko na drugą stronę młyna. Szczęśliwie ludzie nam sprzyjają – opatrzność bogów. Przed dalszą drogą posilamy się. Idę po pitną wodę do młyna. Młodzi ludzie naprawiają motor. jeden z nich pokazuje mi kran z wodą. Przed gotowaniem okazuje się, że czajnik nie wypłukany po herbacie. Szef nie daje sobie wmówić, że zupa z herbatą jest smaczna. Idę raz jeszcze po wodę. Na podwórzu jest stromo i błoto – wywijam koziołka. Wstaję speszony. Młodzieńcy przy motorze kryją śmiech. Speszony biorę wodę i odchodzę – sam pewnie bym się uśmiechnął, gdybym coś takiego widział. Szef szykuje zupę, ja wypoczywam na materacu. Boli mnie nieco kręgosłup. Szybko jemy. Zupa gotowa – szybko jemy.
Jest koło 1530. Na kajak – mam kłopoty z wsiadaniem. Płyniemy dwa, trzy metry i stoimy – na mieliźnie. Spostrzegają nas z młyna – spuszczają wodę. Chwila i znowu płyniemy. Rzeka jest tu bardzo zarośnięta. Na brzegach widoczne są różnice poziomów przy zamkniętej i otwartej tamie młyńskiej. Na rzece pełno kołków, pni. Miejscami z brzegów w kierunku środka rzeki rosną drzewa, krzewy. Płynąć jest bardzo ciężko. Przepływamy pod zwalonymi drzewami, ściągamy z nurtu kołki. Zaczynamy narzekać. Nie mamy jednak odwrotu. Możemy płynąć tylko przed siebie. Wracać nie ma co. Na brzeg wyjść nie można – teren podmokły, bagnisty. W takich warunkach trudno podziwiać otoczenie. Roślinność jest jednostajna, przeważnie sitowie.
Najcięższa przeszkoda. Drzewo – gruby pień przez całą szerokość rzeczki, do połowy zanurzony w wodzie. Bywało zanurzone w poprzek drzewa pokonywaliśmy przesuwając się nad nimi siedząc w kajakach – podnosząc się rękoma na leżącym pniu, ciągnąc za rosnące na brzegu krzaki. Inne przepływaliśmy pod spodem wciskając kajak do wody. Tu wchodziło w rachubę tylko przeniesienie kajaku. Z jednej strony jest kępa twardego gruntu. Wchodzi na nią, - Józek, za nim ja. Ciągniemy kajak – ciężko, brak miejsca aby go dobrze złapać. Nam samym trudno ustać. Wyciągamy z kajaku cały bagaż. Teraz poszło. Wsiadamy. Zapomnimy ile tych przeszkód było – tej jednak nie zapomnimy.
Nareszcie rzeczka staje się szersza. Roślinność bardziej urozmaicona, piękna. Niezapominajki rosnące całymi koloniami. Płyniemy spokojnie bez przykrych przeszkód.
Rozlewisko podobnie urocze, pełne niezapominajek przy czerwieniejącym już słońcu – cudownie.
Wpływamy do jeziora Wyszanowskiego – ulga. Była to ciężka przeprawa. Płyniemy lewym brzegiem. Brzeg stromy, nie widać miejsca dogodnego na obóz. Półwysep – może tu. Płyniemy jednak dalej. Na przeciwnym brzegu widać chyba coś dogodnego na wzniesieniu. Dobijamy – widać , że miejsce to jest często odwiedzane. Ślady ogniska, śmieci. Wchodzimy wyżej. Wejście strome. Droga leśna. Miejsca na namiot wystarczająco. Jednak teren spadzisty zastanawiamy się czy nie rozbić niżej przy wodzie, ale tu jeszcze mniej miejsca. Na półwysep nie chce nam się wracać. Jesteśmy zmęczeni. Wnosimy bagaż na strome zbocze. Ładne miejsce. Tylko niezbyt dogodne dla namiotu. Posiłek jemy kiedy jest już ciemno.
Spać. Mimo zmęczenia nie mogę zasnąć. Daleko słychać jakieś pracujące maszyny. Przy brzegu słychać plusk wody. Szturcham Józka – mówi: że to pewnie kaczki. Że też im się chce tak po nocy. Słychać jak ryby wyskakują z wody.
 Niewygodnie się leży. Jeżeli zmienię lekko pozycje zjeżdżam z materaca.

Dzień piąty - 25.07.79r.

Zostajemy na jeziorze Wyszykowskim. Wcześniejszą drogę czuję w kręgosłupie. Śniadanie nieco później. Józek bierze wędki. Odwożę go na stanowisko. Sam płynę na półwysep. Miejsce bardzo ładne, tylko pełno mrówek. Jakieś kłopoty z wędką, szef daje znaki abym przypłynął. Wyciągam urwany spławik z żyłką. Melduję o półwyspie. Decydujemy, że po obiedzie przeprowadzimy się. Płynę do obozu – pięknie tu. Nieco odpoczywam.
Jakaś groźna chmura. Namiot zostawiam. Wołanie szefa, są ryby – nie za duże, ale sporo ich. Wracamy do obozu. Nabieramy wodę do picia ze środka jeziora. Rybki są smaczne – jemy prosto z patelni. Wyglądamy za turystami ze Słupska.
Pakujemy majdan do kajaku. Są nasi znajomi. Płyniemy im naprzeciw. I razem w kierunku półwyspu. Rozbijają się nieco dalej od nas. Z powodu mrówek trudno znaleźć miejsce na obóz. W końcu znajdujemy je na samym czubku półwyspu przy samej prawie wodzie. Można jednak z mrówkami żyć w zgodzie. Cały czas czuję zmęczenie po wczorajszym – kręgosłup.
Kolacja przypadkiem dzieli się na dwie części. Mam chęć zajść do znajomych ze Słupska – wolę jednak leżeć. Józek między kolacjami trochę wędkuje. Rano popłyniemy pewnie dalej. Zależy to od mrówek. Na noc ubieramy się we wszystko co mamy – podkoszula z półrękawkami, koszula, sweter, bluza dresowa, a dzisiaj z powodu bliskości wody jeszcze kurtka – ciężka zresztą. To na wszelki wypadek. Zimno nie dokucza nam, mamy śpiwory. Dziwię się Józkowi, ubrany jest lżej. Śpi jednak skulony – ja tak nie mogę. Zasypiamy. Słychać jeszcze gitarę u sąsiadów.

Dzień szósty – 26.07.79r.

Długie spanie. Śniadanie koło 1000. Płynąć dalej, czy nie? Kończy się chleb. Jednak zostajemy. Idziemy do lasu. Sąsiedzi zwijają obóz. Życzymy im przyjemnego spływu. Zdobywamy stromy brzeg. Na górze duży teren z młodymi sadzonkami, idziemy w kierunku wypływu Paklicy z jeziora. Czekamy – by zobaczyć odpływających Słupczan. Żegnam ich okrzykiem. Józek jak przystało na kierownika dumnie milczy. Kwitując uśmiechem moje krzyki. Machają nam rękami.
Jesteśmy na wysokim wzgórzu. Ładny widok. Lasy, rzeczka – żywa, soczysta zieleń. Idziemy w las. Krzaki malin i jeżyn. Mało jednak owoców. Józek ma pretensje, że zjadłem za dużo jeżyn. Trafia na większą ilość owoców i kończy degustację pokłuty przez jeżyny, komary, poparzony przez pokrzywy – gębę jednak ma uśmiechniętą. Schodzimy w stronę wyrębu. Jest zrąb, ale drwale daleko. Siadamy na pieńku. Decyduję się iść dalej w las, Józek zostaje.
Leśna droga. Po kilkudziesięciu metrach z lewej strony krzaki jeżyn – ogołocone. Wchodzę w prawo gdzie wdać jagody – a właściwie same krzaki. Idę jednak dalej – jagód zaczyna być więcej. Zaczynam zbierać do garnka. Chcę przynieść choć trochę do obozu. Po krzaczku trafiam do miejsca gdzie jest ich dużo i wielkie. Siadam – chcę przyśpieszyć zbieranie. Garnuszek zapełniony. Ściągam czapkę wsypuję do niej jagody – zbieram dalej. Wystarczy. Po odgłosach drwali trafiam do drogi. W obozie radość. Mamy ekstra prawie litr jagód.
Po południu nieco wałkonienia. Szef na jeziorze. Bawię się spinningiem, słucham radia.
Kolacja skromna – ciastka. Chleb zostawiamy na śniadanie. Jutro płyniemy dalej.
Gramy w szachy. Wynik 2:0 dla mnie. Raz wspaniałomyślnie szef pozwolił mi cofnąć posunięcie. Wynik poszedł w świat.
Przed  zaśnięciem jakiś zwierzak kręci się koło namiotu. Buszuje w puszce po śledziach. Mieliśmy też chmarę komarów w namiocie.

Dzień siódmy – 27.07.79r.

Godzina 700 – dawno tak wcześnie nie wstawaliśmy.
Godzina 900 wypływamy na jezioro Bukowieckie. Rzeczka jest szeroka, płytka zarośnięta grążelami.
Jezioro Bukowieckie. Płyniemy lewym brzegiem. Na jeziorze masa nenufarów. Ładnie to wygląda. Brzegi zarośnięte, niedostępne, trzcina.
Miejscowość Skoki – sklepu nie ma. Od młynarza dostajemy trochę starych ziemniaków. Po resztę zakupów jadę do Międzyrzecza. Józek wypisuje czek na 100 zł.
Zatrzymuję samochody – nikt jednak nie staje. Idę na przystanek PKS. Tu bez zatrzymywania staje biały Fiat 125. Międzyrzecz – realizuję czek, robię szybko zakupy. Dworzec PKS na autobus w kierunku Skoków, trzeba czekać godzinę. Wracam TAX-i.
Józek gotuje ziemniaki. Jemy obiad przy drodze.
Płyniemy rozbić obóz – nie możemy znaleźć dostępnego brzegu. Wysiadamy przy stanowisku wędkarskim po ponad 2 godzinach szukania. Trochę kłopotów z przenoszeniem bagażu. Trzeba przejść przez trzciny po kładce z ułożonych kołków – dla mnie to bardzo niewygodne. Namiot stoi – kolacja. Zbieramy drzewo na ognisko.
Płyniemy łowić na błysk. Wracamy z pustymi rękoma.
Do późna w nocy palimy ognisko. Na koniec do popiołu wrzucamy kilka ziemniaków.

Dzień ósmy – 28.07.79r.

Z samego rana świeci słońce. Trochę chmur. Możliwość opalania jednak jest. Bez śniadania idę popływać kajakiem. Wieje lekki wiatr jest bardzo przyjemnie. Koło 1200 jem śniadanie. Leżę trochę w cieniu namiotu i mały spacer po lesie. Niedaleko są stawy hodowlane. Możliwe, że i to jezioro należy do PGRyb. Zaczynam mieć wątpliwości, czy trafię do obozu.
Obiad. Po obiedzie Józek proponuje brydża, ja wolę szachy. Gramy w „wojnę” – gra w karty – po ponad godzinnym szybkim rzucaniu i zbieraniu kart wygrywam.
Szachy. Wygrywam beznadziejną pozycję. Następnie remis.
Po kolacji wypływamy na ryby. O połowie lepiej nie mówić, choć siedzimy dosyć długo. Około 2200 jemy jeszcze posiłek.

Dzień dziewiąty – 29.07.79r.

Dziś planowaliśmy płynięcie do Międzyrzecza. Chodziło o pokonanie młyna i jazu w Kuźnicach. Namawiam jednak Józka na jagody. Po śniadaniu cały dobytek zostawiamy w namiocie i płyniemy na jezioro Wyszynieckie. Przybijamy do półwyspu „Mrówek”. Kajak na brzeg, idziemy po leśne runo. Jagód nie jest za dużo. Zbieramy, jednak przerywając zbieranie narzekaniem. Po niecałych trzech godzinach mamy dosyć zbierania – mnie bolą już plecy. Mając jedno naczynie puste wracamy do kajaku.
W drodze powrotnej spotyka nas patrol – leśnik i milicjant. Stwierdzając, że nie przypłynęliśmy na ryby, wracają.
Obawiając się trochę o namiot, nie jedząc zabranego ze sobą obiadu płyniemy do obozu. Wszystko na miejscu.
Przy obiedzie mała sprzeczka o nic psująca cały nastrój. Pewnie jesteśmy już za długo razem we dwóch. Było tak. Na deser robię kompot z jagód w garnku tylko dla siebie – Józek wszystkie bierze dla mamy, nie chce ruszyć nawet garstki. Kompot gotowy. Ja chce chwycić garnuszek przez papier (aby zdjąć z ognia), Józek chwytakiem, obawiając się że mogę rozlać – stawiam na swoim. Ot i wszystko. Głupie o tyle że nastąpił cichy wieczór.
Przychodzi lekka burza. Tropik mokry. Że też musi na koniec padać. Jak zabierzemy się do Świebodzina? Czy dzisiejszy kompot nie spowoduje kolejnych spięć.

Dzień dziesiąty – 30.07.79r.

Całą noc pada. Nie mogę spać. Ciepła noc. Godz. 700 ciężko wstać po prawie bezsennej nocy. Budzę Józka. On też nie ma ochoty wstawać. Kajak pełen wody. Wybieramy ją kubkiem. Resztki wody wycieram ręcznikiem. Bez śniadania przenosimy dobytek na kajak. Wszystko robimy w milczeniu. Płyniemy.
Skoki, godz. 930. Kajak obcieka. Józek zwija kajak. Ja czekam na drodze. Może nadjedzie TAX-i. Ostatecznie zatrzymuje się „Nysa” czy „Żuk”. Międzyrzecz. Autobus PKS. Świebodzin. TAX-i  do „Postępu”. Zdajemy sprzęt.
Biorę od Józka 20 złotych – idę do fryzjera. Trzeba się gładko wkręcić w zwykłą codzienność.

 

                                           (Kierownikiem spływu jest Józek Szamrej, załogą Staszek Koszela.
                                            Dziennik przekazał  syn - Piotrek Koszela 14.05.2016 r.
                                                                                                                            -  dopisek Amed)



Kilka zdjęć Staszka Koszeli:

 
 
 
 
 
 
 
 
 



Zofia KoszelaStanisław Koszela Lech Paczkowski
 
WEBMASTER