Świebodzin
Leszek PaczkowskiJagoda Gajlun-Markur
 
 
 
JAGODA GAJLUN-MARKUR

Do napisania o Jagodzie Gajlun - Markur na naszej stronie www.opty.info zainspirował mnie artykuł pt. "Karuzela zdarzeń" Macieja Piotrowskiego, jaki ukazał się w jednym z ostatnich numerów INTEGRACJI, (numer 6/2011 - 111), dodatkowo skorzystałem też z wcześniejszego artykułu "Obrazy malowane nogą" - PANI DOMU (nr.2 z 11.01.1995 z mojego archiwum) oraz z opisu sylwetki zamieszczonego na stronie internetowej Stowarzyszenia AMUN.
Chcę ukazać hart ducha i tak godny podziwu optymizm, jaki przejawia Jagoda w stosunku do otoczenia i świata, w którym szczególnie Jej nie jest łatwo żyć.
Jagódko, choć staram się, to nie udaje mi się być tak pogodzonym i pełnym zadowolenia jak Ty.

Jagódko - tak zwracaliśmy się do Jagody w Sanatorium Rehabilitacyjno-Ortopedycznym, czyli późniejszym LORO  w Świebodzinie, dokąd zaprowadziły nas wspólne, niełatwe życiowe losy.
Pamiętam Jagodę  z lat 1957 – 62, bo w tym czasie razem przebywaliśmy w Świebodzinie. Główne wspomnienia dotyczą czwartej klasy, kiedy to naszą wychowawczynią klasową była pani  Janina Wołczacka. Szczególnie pamiętam wyjście do miasta całą klasą i dokonywanie zakupów w sklepie samoobsługowym w ramach lekcji z przyrody, a dokładnie tematu: „Zasady prawidłowego i zdrowego odżywiania się”. Sanatorium było wówczas zakładem zamkniętym i wszystkie wyjścia „do miasta”, już same w sobie, były dla nas wydarzeniem, tym bardziej do sklepu samoobsługowego. Pamiętam, że  spośród naszej grupy, to właśnie Jagódka była najodważniejsza i to Ona kierowała wyborem warzyw. Podczas kolejnej lekcji wspólnie przygotowaliśmy kilka surówek warzywnych, a w prezentacji zdrowego jedzenia dla całej szkoły, które odbyło się podczas długiej przerwy, brała również udział pani kierowniczka Albina Konoplicka. Za ciekawą inicjatywę na cotygodniowym apelu szkolnym nasza klasa otrzymała pochwałę.
Jagoda miała bardzo dużo wdzięku i śliczną twarzyczkę, a nam chłopakom nie pozwalała dmuchać sobie w przysłowiową „kaszę”, choć nie zadzierała przy tym nosa. Poniżej załączam skany  zdjęć z tamtych czasów, jakie zachowały się w moich archiwach.

          Matka Jagody, pani Anastazja wspominała jakim ciosem dla niej było urodzenie dziecka bez rąk i bez nogi, co było następstwem przechodzenia w okresie ciąży duru brzusznego i zaaplikowanie silnej dawki zastrzyków. Wspominała również, że w chwilach załamania jedynie niezwykle piękna twarzyczka dziecka dodawała jej sił i nadziei. Jagoda urodziła się w 1951 roku w Szczecinie; w rodzinie ma jeszcze dwóch braci.
W owych latach  nie było szkół integracyjnych, szansą na zdobycie wykształcenia były dla nas ośrodki sanatoryjne. My mieliśmy szczęście trafić do świebodzińskiego. Tam Jagoda przebywała już jako przedszkolaczek, a potem uczęszczała i ukończyła podstawówkę. Mając - po kilku operacjach przystosowawczych odpowiednie oprotezowanie mogła wyjechać do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego do Wrocławia, gdzie ukończyła Technikum Ekonomiczne.

W naszym kraju znalezienie pracy dla znacznie poszkodowanych, - teraz mówi się ludzi z niepełnosprawnością, nigdy nie było łatwe. Jagoda miała sporo szczęścia, gdyż została przyjęta na stanowisko referenta do spraw statystycznych w Handlowej Spółdzielni Inwalidów w Szczecinie. Niestety tylko wielka troska, jaką otaczała Ją matka, która pracując w pobliskiej szkole wpadała kilka razy dziennie i pomagała w wyjściu choćby do toalety, czy przygotowaniu herbaty, pozwalała na wykonywanie powierzonych zadań,- bo nawet w Spółdzielni Inwalidów znieczulica i samotność były i są największymi chorobami ówczesnych i naszych czasów.
Dopiero przejście do Spółdzielni Inwalidów „Jedność” dało Jagodzie pełniejsze zadowolenie z wykonywanej pracy.  Zatrudniona na stanowisku telefonistki,  po wykonaniu prostego przystosowania stanowiska pracy, Jagoda przez 16 lat obsługiwała centralkę telefoniczną. Dobrze wspomina te lata, zawsze bowiem lubiła rozmawiać i być między ludźmi.
W 1988 roku po przebytym udarze przeszła na rentę inwalidzką. Tylko dzielności i uporowi zawdzięcza po rozwodzie rodziców wywalczenie mieszkania z puli dla inwalidów. Po nieskutecznych staraniach u władz lokalnych, odwołała się do KC PZPR. Po miesiącu otrzymała od Urzędu Miejskiego w Szczecinie dwa pokoje na paterze  przy ulicy Kopernika.
Marzyła o założeniu rodziny. Szereg lat była związana z Jankiem, który niestety nie okazał się wiernym partnerem. Później związała się z Bogdanem, bratem najbliższej przyjaciółki, sąsiadki (obecnie  Władzia jest jej opiekunką), którego znała już ponad dwadzieścia lat.
Najzwyczajniej w świecie Bogdan oświadczył się Jagodzie. Mówi o nim: -  „(...) to był dla mnie taki mężczyzna: cztery w jednym. Najpierw mąż, potem kierowca, opiekunem, a na końcu przyjaciel”.
Gdy Jagoda otrzymała talon na „malucha” po dopłacie wymienili go na Forda, którym objechali całą Polskę i pół Europy. Bogdan z zawodu był ślusarzem, pracował jako kierowca i wielogodzinna jazda wcale go nie męczyła. Byli razem w Wilnie, a także biwakowali podczas kilkutygodniowej podróży do Włoch.
To właśnie z Bogdanem Jagoda była w Świebodzinie uczestnicząc w pogrzebie profesora Sobocińskiego.  Niestety, nawet Bogdan zawiódł – tu wkroczył alkohol i inna kobieta, którą Jagoda poznała podczas krótkiego pobytu w szpitalu, po czym zapoznała ją z Bogdanem. Po rozwodzie Jagoda uniosła się honorem i zrezygnowała z przysługujących Jej alimentów. 
Upłynęło osiem lat i w drzwiach domu Jagody pojawił się strzępek człowieka, był nim bezdomny Bogdan. Byli nadal związani ślubem kościelnym. Zamieszkali ponownie razem. Bogdan opiekował się matką Jagody, która miała już 80 lat i cierpiała na demencję starczą. Niestety po półrocznym pobycie musiał pójść do szpitala. Nie był już „cztery w jednym”. Choroba nóg – zakrzepica, z powodu której przyjaciółka wyrzuciła go z domu, mimo trzymiesięcznego leczenia szpitalnego, spowodowała śmierć.

          Jeszcze zatrzymam się  nad prozą życia. Obecnie Jagoda jest już po 60-tce i z niepokojem myśli o zbliżających się latach. Stałej pomocy udziela Jej wieloletnia przyjaciółka i była szwagierka Władzia Markur, będącą oficjalną opiekunką opłacaną przez MOPS w wymiarze 5 godzin dziennie i 6 zł/h. Władzia jest również osobą niepełnosprawną.  Z powodu niedowładu nóg, nie jest w stanie wykonywać prac wymagających podźwignięcia Jagody, czy choćby  wkręcenia przysłowiowej żarówki. W tej sytuacji zmuszona była do zatrudnienia dodatkowo pana Jacka, zamieszkującego za to bezpłatnie w drugim pokoju – w tym po mamie, w mieszkaniu Jagody.
Mimo parterowego położenia mieszkania, w obecnej sytuacji, gdy po udarze nie może korzystać z protezy, do wyjścia z domu musi pokonać sześć schodków. „Tylko”, to dla zdrowych i sprawnych, ale „aż” dla Jagody. Dom jest we władaniu wspólnoty i ni jak mili, i jeszcze sprawni sąsiedzi nie mogą się zgodzić na wykonanie podjazdu, czy małego podnośnika od strony podwórza. Powód: nie będzie nikt psuł ocieplonej elewacji. Typowe polskie piekiełko. Trzymamy kciuki za zwycięstwo zwykłego ludzkiego humanitaryzmu i zdrowego rozsądku, bo przepisy i ustawy to my już mamy, ale brak nam człowieczeństwa.

Jagoda zawsze była bardzo aktywna.
Tuż po przejściu na rentę założyła i prowadziła przez ponad dwa lata Korespondencyjne Biuro Matrymonialne „Jagódka”. Chciała pomagać osobom niepełnosprawnym w zdobyciu drugiej połowy, ale przedsięwzięcie nie okazało się takie łatwe, oczekiwania niepełnosprawnych klientów najczęściej skierowane były na zupełnie zdrowych partnerów.

Najciekawszą przygodę życia rozpoczęła już po dwóch dniach po przejściu na rentę, kiedy to za namową mamy – „Nie bądź chwastem, nie siedź bezczynnie”, zaczęła malować, choć jak pamięta, to już w technikum jeden z nauczycieli przepowiedział –„Będziesz kiedyś malowała...”
Najpierw malowała ... brodą, a potem stopą. Jak wspomina Jagoda - „Zabawnie wyglądały moje pierwsze próby na płótnie. Malowałam godzinę, a myto mnie dwie godziny, - nie wiedziałam,  że farby tak brudzą”.
Od samego początku czyli od 1989 roku należy do Światowego Związku Artystów Malujących Ustami i Nogami, a z Wydawnictwem „AMUN” współpracuje od początku istnienia, czyli od 1993 roku.
Związek „AMUN” ,  zrzesza 726 artystów malujących ustami, lub nogami z 74 krajów świata. Z Polski  jest w nim 28 członków.
Na stronie www.amun.com.pl są zdjęcia z Jagodą z  plenerów malarskich pn. w Wiśle w 2004 oraz w Zakopanem w 2006 roku.
Pamiętam moje spotkanie w warszawskim Hotelu Marriott, gdzie wówczas pracowałem. Jagoda szykowała się do warsztatów i zaprezentowania dziennikarzom możliwości malowania nogą, co miało miejsce podczas wielkiej wystawy w Muzeum Narodowym w 2004 roku. Była niezwykle skupiona i zaangażowana emocjonalnie.
Jak sama mówi: -„Kiedy maluję, zapominam o kłopotach, o tym, że może być źle. Nigdy nie zastanawiam się jaki będzie efekt końcowy i do kogo trafią moje prace. Ludzie różnie odbierają moje malarstwo. Niektórzy wyśmiewają, a inni podziwiają. Są tacy, którzy podziwiają moją zaciętość i samozaparcie. Dla mnie ważne jest, że znajduję odbiorców.
Czasem lubię malować palcem od nogi. Noga zastępuje mi ręce. W malarstwie przedstawiam kwiaty, krajobrazy, motywy religijne i zdarzenia z codziennego życia”.

O sobie Jagoda mówi: „Jestem szczęśliwa, że jestem niepełnosprawna, taka się urodziłam i jest mi z tym dobrze. Dawniej w moim życiu zdarzały się chwile zwątpienia. Teraz ich nie ma. Znalazłam swój sposób na życie – może ono być piękne i radosne. A ludzie są mi potrzebni, nie tylko jako ręce. Żyję wśród nich i lubię przebywać w ich otoczeniu. Nie przeszkadza mi to, że ktoś na mnie patrzy. Ja patrzę na innych. Myślę, że jest to normalny odruch”.
Jeśli chodzi o marzenia to Jagoda chciałaby polecieć do Japonii i przelecieć się na paralotni.

Na portalu „Nasza Klasa”  Jagoda publikuje szereg zdjęć z życia rodzinnego.

          Cieszę się, że znalazła oparcie w rodzeństwie i jest tak lubiana przez najbliższych.

Gdy napisany tekst przesłałem do akceptacji Jagódce, akurat pakowała się na kolejny plener malarski – tym razem do Karpacza. Prosiła bym pozdrowił w Jej imieniu wszystkich Optymistów.
Tak trzymaj Jagódko! Gorąco Cię pozdrawiam i liczę na wiele zlotowych spotkań, bo jesteś OPTY i to wielkimi literami.

Andrzej Medyński
Warszawa, 22.04.2012 roku.



Kilka zdjęć:

       
 
 
 
 



Leszek PaczkowskiJagoda Gajlun-Markur
 
WEBMASTER